|
Froblog to blog kulturalno-kulinarny - o muzyce, filmie, koncertach, książkach, teatrze, ale też o winie i restauracjach warszawskich. Raczej opisy wrażeń niż recenzje.
niedziela, 31 stycznia 2010
Trochę było tak, że nie mogłam tam dojść. Miejsce w sumie miało dość dobrą premierę w mediach, pisała o nich Gazeta i inne dzienniki, na Gastronautach pojawiły się pierwsze recenzje odwiedzających. Problem polegał na tym, że godziny otwarcia – do 16tej – nie kwalifikowały się do standardowych godzin moich odwiedzin restauracji. W związku z tym wizyta była kilkakrotnie przekładana. W końcu się udało. W menu panuje jeszcze trochę zamieszania. Karta win ponoć została ustalona wczoraj. Wszystko jest więc lekko umowne i bazuje na elemencie nowości. Samo miejsce robi jednak wrażenie. Arkady Kubickiego to przepiękne sklepienia, których nie sposób zaaranżować w jakimkolwiek innym miejscu. Ogromne okna dają mnóstwo światła, ciepła cegła świetnie się komponuje z czerwonymi krzesłami i bardzo prostym w sumie wystrojem bistro. Gromadka dzieci bawiących się na specjalnie przygotowanych dywanikach zapewniła nas, że Kręgliccy przemyśleli organizacyjnie i to miejsce. Założenie jest proste – piąta ćwiartka to podroby. Nienawidzę tego rzeczownika. O ile nigdy nie unikałam np. rosołu z żołądków, czy serc, a nawet z czasów kuchni domowej pamiętam zachwyty ozorkiem w sosie chrzanowym, o tyle hasło „podroby” kojarzy mi się z jakimiś flakami czy wręcz płuckami, które zwykle odstręczały mnie swoim wyglądem i zapachem, zanim w ogóle je skosztowałam (co w sumie nie wydarzyło się nigdy). Ale taka „grasica” czy „foie gras” w ogóle nie komponuje mi się z podrobami. Jeśli więc podroby Was przerażają, uwierzcie mi, że w Piątej Ćwiartce raczej zmierza się w stronę tych bardziej wyszukanych. Zamówiłam Grasicę cielęcą w sosie z figami i brandy. Przyszło danie na pięknym żeliwnym naczyniu, mocno gorącym. W znakomitym sosie z fig i brandy, ze sporą dawką pieprzu i chilli, pojawiła się idealnie mięciuteńka grasica. Do tego pieczywo – ciemne i jasne do wyboru. Wrażenie niezapomniane. Danie absolutnie z kategorii wybitnych. Do zapamiętania na długi czas. W kategorii akompaniamentu do każdego dania występują podane w wekach ogórki kiszone i wiśnie w occie winnym. Ponieważ dania główne raczej nie występują – mówię „raczej”, bo jak stwierdziłam na początku w menu jeszcze trochę chaosu – zaraz po grasicy zaproponowano mi deser. Z mocnym wskazaniem na Ciastko czekoladowe rozpływające się. Nie trzeba mi długo wskazywać deseru czekoladowego, jak się domyślacie, zamówiłam więc z radością. Deser porównywalny z sufletem z Absyntu, odróżnia go jedynie kwadratowa forma (suflet w Absyncie był okrągły). Bardzo dobry, ale z zachwytu nie piałam. Z win wybraliśmy zupełnie niestandardowo, bo białe alzackie Gentil marki Hugel. „Wyprodukowane ze szczepu sylvaner, ale ponad połowę składu stanowią odmiany - tokaj pinot gris (budowa), riesling (szlachetność), gewurztraminer (aromat przypraw) i muscat (owocowość).)” Bardzo nam smakowało. Ogólnie podsumowując to miejsce, jestem bardzo ZA. Fajny pomysł, ciekawe menu, dania praktycznie niedostępne w innych kulinarnych miejscach Warszawy. Obsługa jeszcze trochę nieprzećwiczona, ale bardzo chętna do pomocy. Trzeba im dać trochę okrzepnąć i wrócić za pół roku sprawdzić, jak się rozwijają, ale potencjał jest niesamowity. Zdecydowanie dla gurmandzistów* – jak zresztą zapewniają sami właściciele. *Znaczenia tego słowa nie znajdziecie ani w Google’u ani w słownikach języka polskiego ani nawet w słowniku wyrazów obcych. Ma staropolskie korzenie, a pochodzi od francuskiego „gourmand” – smakosz, znawca smacznych potraw. Bistro Piąta Ćwiartka, Arkady Kubickiego, Plac Zamkowy 4, Warszawa
piątek, 29 stycznia 2010
Bardzo długo się zastanawiałam, czy pisać o tym koncercie. Naprawdę bardzo długo. Do teraz praktycznie nie jestem przekonana, czy powinnam to robić. No ale trudno, decyzja podjęta, postanowiłam przede wszystkim być jednak szczera. Jazzowe kolędowanie to koncert, który był firmowany dwom nazwiskami – Nahorny i Loebl. Ten pierwszy to genialny kompozytor i pianista, melodysta o nadprzeciętnej wrażliwości. Ten drugi to poeta, geniusz tekstów utworów muzycznych, autor sporej liczby hitów Tadeusza Nalepy z „Kiedy byłem małym chłopcem” na czele. Zestaw przyciągający. Do tego jeszcze dwa piękne głosy – Agnieszka Wilczyńska i Janusz Szrom. Agnieszka – wykłada na Wydziale Jazzu w Katowicach, laureatka zamojskiego Konkursu Wokalistów Jazzowych. Podobnie Janusz – świetny wokalista, po wydziale jazzu, również laureat zamojskiego konkursu. Wydawało się, że zestaw artystów jest tak mocny, że nie może być mniej niż wybitnie. Było zaledwie średnio. Po pierwsze kolędowanie było dosłowne. Czyli „rodził się Bóg” z perspektywy Maryji, Józefa, Trzech Królów i pastuszków na przemian, bo w końcu co można odkrywczego jeszcze napisać w temacie kolęd? Tym samym geniusz Loebla niestety nie został nie tylko wyeksploatowany, ale nawet naruszony. Kompozycje Nahornego bardzo ładne. Głosy wokalistów również bardzo ładne. Zapowiedzi Janusza Szroma ... dość żenujące i nieprzygotowane. Ale całość muzyki była ślicznie zaaranżowana, rozłożona na głosy, pięknie zaśpiewana rytmicznie, melodycznie, bezbłędnie. Nie było jednej krzywej nuty, jednego fałszu. Idealnie. Idealnie i nudno do bólu. Niestety. Albo te teksty są tak mało możliwe do zinterpretowania, albo po prostu brakło osobowości.
środa, 27 stycznia 2010
Niedawno dotarła do mnie informacja, że wreszcie będzie można zjeść coś dobrego na Starym Mieście. Magda Gessler otwiera tam swoją Trattorię Bellini. Stare Miasto miało do tej pory wyjątkowo złą opinię kulinarną. Większość restauracji jest mocno ukierunkowana na obsługiwanie turystów – a raczej jednorazową grabież – za duże pieniądze przy jednoczesnej średniej jakości. Informacja o Trattorii Bellini bardzo mnie więc ucieszyła. Zaczęłam od sera pecorino. A konkretnie Degustacji sera pecorino z musztardami. Musztardy są tu pojęciem dość umownym i odwołuje się raczej do konsystencji musztardy gorczycowej niż jej smaku. Podane musztardy były bowiem konfiturą z cebuli i konfiturą z czegoś słodkiego (typu morele), co jednak nie przypadło mi do gustu tak bardzo, że nie jadłam tego w ogóle. Konfitura z cebuli za to pyszna. Coraz częściej jestem pod wrażeniem tego specyfiku. Nie wykluczone, że porwę się kiedyś na własnoręczną wersję. Ser pecorino – owczy, dojrzewający, twardy – był w różnych odmianach. Bardziej i mniej pikantnych, bardziej i mniej intensywnych smakowo, kawałki z chilli, kawałki tylko różniące się smakiem. Próbowałam zasięgnąć zdania kelnera na ten temat i poprosić o wyjaśnienie różnic, niestety kelner ... kelnerowi pozostało nastawienie wszystkich innych knajp na Starym Mieście. Gość ma przyjść, zjeść, nie pytać o nic, zapłacić duży napiwek i szybko wyjść. Drugie danie to był Królik pieczony z warzywami w białym winie, tymianku i czosnku. Zrobił na mnie wrażenie. Takie dania jak ten królik się po prostu pamięta. Ostatni tak dobrze skomponowany królik chyba miał miejsce w Absyncie na Wspólnej bardzo dawno temu. Był mięciutki, sos świetny, może lekko zbyt słony jak na mój gust, ale to już objaw czepiania się. Królik absolutnie godny polecenia. Więcej nie jedliśmy. Na deser nie było czasu. Zachowaliśmy się jak klienci prawie idealni – przyszliśmy, zjedliśmy, trochę wprawdzie pytaliśmy, ale nie natarczywie, szybko wyszliśmy. Napiwek ... no właśnie, ale „prawie robi różnicę”, prawda? Podsumowując, dobre jedzenie, miły wystrój w podziemnych zakamarkach jednej z centralnie położonych na Starym Mieście kamienic. Obsługa tragiczna. Pani Magdo, proszę się tym zająć z równą troską, jak zajmuje panią kuchnia, wystrój i tzw. ogólna atmosfera. Trattoria Bellini, Rynek Starego Miasta 21, Warszawa
wtorek, 26 stycznia 2010
W zawartości Guy’a Ritchiego w Guy’u Richiem: 10 punktów. W zawartości Sherlocka Holmesa w Sherlocku Holmesie: 3 (intelekt, Watson, fajka i Londyn). Krótkie podsumowanie, ale przy założeniu, że nie jest się największym fanem Sherlocka, można się wybrać i nawet dobrze bawić. Tak, to prawda ten Sherlock jest trochę skrzyżowaniem Dr. House’a i Jamesa Bonda, ale w końcu to duch(y) naszych czasów. Ritchie jest w swojej najlepszej formie. Charakterystyczne, znane lub nie z poprzednich filmów chwyty typu pauzy w akcji, szalony montaż, szybkie tempo całości, dodają całemu przedsięwzięciu inteligencji. Świetny Robert Downey Jr. i znakomity Jude Law. Para idealna. Jeśli którykolwiek z przystojniaków, chciałby się dowiedzieć, jak dodać swojej twarzy charakteru, a odjąć urody tzw. „pięknego chłopca” (co prędzej czy później staje się celem każdego przystojnego i jednocześnie ambitnego aktora), niech bierze przykład z Roberta Downey’a Jr. Nabrał niesamowitych rysów i delikatnych zmarszczek. Świetne dialogi, śmieszne, inteligentne, interesujące, szybkie. Stary Londyn – brudny, zaniedbany, ohydny i bardzo prawdziwy. I jeszcze jeden hit – pies. Ale jego zobaczcie już sami. Absolutnie polecam. Nic szczególnie ambitnego, ale w celach rozrywkowych, zdecydowanie warto. W skali od 1 do 10 daję 7
poniedziałek, 25 stycznia 2010
Od dawna już miałam ochotę się wybrać do tej włoskiej restauracji na Mokotowie. Docierały do mnie od jakiegoś czasu sprzeczne opinie – osób zachwyconych lub zdegustowanych. Pora była najwyższa, by rzecz przetestować osobiście. Zaczęłam od Cienkich plastrów tuńczyka marynowanego w imbirze polanych oliwą smakową. Danie było dość dobre, ale nie wstrząsnęło mną specjalnie. Imbirowa marynata nie była odczuwalna, za to dość dobre były dodatki – karczochy, kapary i oliwki, smakowała mi też oliwa. Z drugim miałam spory dylemat. Zastanawiałam się, czy ufam szefowi kuchni aż tak bardzo, by zdecydować się na krwisty stek czy gęś. Nie ryzykowałam. Wzięłam Polędwicę wieprzową z grilla w sosie koperkowo-pomidorowym z anchovies a do tego warzywa gotowane. Gdyby nie totalne dopieczenie polędwicy, byłabym z tego dania bardzo zadowolona. Sos bardzo pyszny, z delikatnym posmakiem anchovies świetnie się komponował zarówno z warzywami jak i z polędwicą. Niestety nie wiem, kiedy nastąpi taki moment w życiu kucharzy, kiedy nastąpi to objawienie i zrozumieją, że polędwica nie dlatego jest tak mięciutka krwista, że nie należy, nie wolno, po prostu zakazanym jest usmażyć, upiec czy zgrillować ją do końca, bez pozostawienia odrobiny różowości choćby. Nie każdy lubi krwistą, wiem, ale sądzę, że nie ma nic bardziej zachwycającego niż lekko różowa w środku polędwica wieprzowa czy rostbef. No cóż ... nie tym razem i być może nie w Nei Fiori. I jeszcze deser. Jak zwykle ruch w stronę czekolady. Po ostatnim „torcie czekoladowym” z Białego Domku, trochę mi zajęło dochodzenie do siebie, ale udało się. Zaryzykowałam i wybrałam Tort czekoladowo-migdałowy z sosem waniliowym z wiśniami. Ciasto pyszne. Bardzo porządny murzynkowaty tort z solidną polewą z gorzkiej czekolady. Świetne wiśnie. Sos waniliowy niestety smakował proszkiem. Na szczęście dało się go ominąć. Podsumowując, całość w miarę porządna. Gdyby to miejsce miał dwukrotnie niższe ceny, ze spokojem ducha bym polecała. Niestety to zwykle problem. Problem był jeszcze jeden, właściwie dwa. Po pierwsze, w całym lokalu można palić, co oznacza, że wychodzimy śmierdzący jak popielniczki. Po drugie, dziwni (głośni i mocno nietrzeźwi) goście przy barze plus włączony telewizor z meczem piłki ręcznej. Ja wiem, że grała polska reprezentacja, ale to nie był pub sportowy, tylko mała włoska knajpka na Mokotowie. Klimatu więc brak. Restauracja Nei Fiori, ul Dąbrowskiego 69, Warszawa
niedziela, 24 stycznia 2010
Chciałabym zacząć od podziękowań. Dziękuję tłumaczom, producentom i komukolwiek, kto odpowiada za polską wersję tytułu, za niezwykle trafne przetłumaczenie go. :) To w kategorii złośliwości na dzień dobry – oczywiście. A teraz już o filmie. Nie lubię musicali. Zawsze mnie dziwi, jak komukolwiek może się wydawać naturalne to, że ktoś coś mówi i nagle zaczyna śpiewać. Rozumiem, że taka konwencja itd., ale to jednak nie jest całkiem normalne. Może o ten brak normalności zresztą w kinie i na scenie chodzi. Wracając jednak do filmu, jak na mój brak sympatii dla musicali, Nine poradziło sobie świetnie. Faktem jest, że dość długo czekałam na ten film. A z tymi oczekiwaniami bywa różnie. Niedawno przeżywałam wielkie rozczarowanie ostatnią komedią Richarda Curtisa, na którą czekałam kilka lat. Tutaj, próbowałam więc oczekiwania ograniczyć. Bardzo mi się podobał zwiastun, już w pierwszej chwili, kiedy go zobaczyłam – a to było kilka miesięcy temu, byłam pod dużym wrażeniem. Ten zestaw aktorski również pozwalał sądzić, że będzie co oglądać. Oczekiwania trzymane na wodzy, dają efekty. Nine mi się podobał. Skupiłam się na mocnych stronach. Film jest przepiękny. W tym sensie, że jest mnóstwo piękna na ekranie. Przepiękne kobiety, przepiękne kostiumy, przepiękna błękitna Alfa Romeo Giulietta Spider, piękne włoskie widoki i bardzo włoski Daniel Day-Lewis. Jest trochę dobrej muzyki – patrz „Be Italian”, absolutny hit musicalowy, w wykonaniu świetnie śpiewającej Fergie, która zresztą wydaje mi się być jedną z ciekawszych postaci filmu. Jest przepięknie seksowna Penelope Cruz, ale to pewnie bardziej argument dla mężczyzn niż dla mnie. Jest natomiast bardzo włoski Daniel Day-Lewis. Lekko przygarbiony, bardzo szczupły, w ciemnych okularkach, mocno intelektualny. Fajnie zbudowana rola, bardzo dobrze oddaje postać reżysera zagubionego, z blokadą twórczą. Są inne piękne kobiety. Jest piękna Nicole Kidman, piękna Marion Cotillard, piękna Sophia Loren. Jest niesamowita jak zwykle Judy Dench, która zadziwia wokalnie. Tego się po niej w ogóle nie spodziewałam. I jest jeszcze Kate Hudson. W scenie, która chyba jednak zachwyciła mnie najbardziej. Stylem, ujęciami, strojami, poziomem energii, który ze sobą niesie. Super. Na uwagę zasługuje jeszcze sama końcówka. Napisy, na których część publiczności wychodzi z kina, a właśnie wtedy pokazywane są aktorki bez makijażu i kostiumów, ćwiczące kolejne sceny z filmu, co zestawiane jest z krótkimi przebitkami na sceny końcowe. Świetny efekt. I to tyle. Odniesienia do Felliniego? :))) Nie żartujmy. Powiedziałabym tak – jak na musicall bardzo dobrze. W skali od 1 do 10 daję 6
piątek, 08 stycznia 2010
Z listy zeszłorocznych nominowanych do Knajpy Roku została nam jeszcze do zwiedzenia Restauracja Biały Domek. Jest to faktycznie biały domek stojący w dziwnym miejscu w oderwaniu od wszystkiego innego. Ma to swój urok, ma też niestety i minusy. W środku, stylizowanym na mieszczańskie wnętrze „wielopokoleniowego domu rodzinnego”, jest bardzo zimno. Wieje z każdej strony, w łazience można zamarznąć. Zaczynamy od tradycyjnego polskiego dania – śledzi w trzech smakach. Pierwsze są z cebulą, drugie w śmietanie, trzecie w czerwonym sosie lekko przypominającym meksykańską salsę. Jedynie te w śmietanie były naprawdę dobre. Na drugie zamawiam równie polską Kaczka z pieca w majeranku z jabłkami, wiśniami i pieczonymi ziemniakami. I powiem tak – kaczka była przyzwoita, ale mam w głowie kaczkę z Buffo. I daleko tej kaczce do tamtej. Dalej niż białemu domkowi do czarnego. I jeszcze deser. Tort czekoladowy z orzechami. Zapomnieli dodać, że również z wiśniami, czego nie lubię. Tort czekoladowy jest mało czekoladowy w sumie i nie należy do mistrzostwa świata w tym gatunku. Całość bardzo średnia. Nie rozumiem tej nominacji i moim zdaniem restauracja odstaje jakością od wszystkich innych nominowanych, które do tej pory udało nam się odwiedzić. Zdecydowanie nie polecam. Restauracja Biały Domek, ul. A. Boboli 11, Warszawa
piątek, 01 stycznia 2010
Koniec roku nadszedł zbyt szybko jakoś i w dużym pośpiechu. Postanowiłam więc wybrać to, co w 2009 zrobiło dla mnie największe wrażenie w poszczególnych kategoriach. Nie zawsze są to pozycje tegoroczne, ale zawsze są to rzeczy, które zobaczyłam, przeczytałam, usłyszałam w tym roku. To znaczy już w zeszłym roku ;) Czyli 2009. Filmowo ... przejrzałam wszystkie 9tki wręczone w tym roku. Dałam dwie. Slumdog i Lektor. Z tych dwóch filmów wybieram jednak Lektora. Pomimo Oscara dla Slamdog. Koncertowo ... mam z tym pewien problem. Koncertem roku okrzyknęłabym jednak Tribute to Miles – Marcus Miller, Wayne Shorter, Billy Cobb. Mój problem polega na tym, że do dziś nie zdążyłam go tu jeszcze opisać. Biję się w piersi i wrzucam na listę postanowień noworocznych. Książkowo ... biję się w piersi po raz kolejny. Przyznaję, że nie czytałam zbyt wiele w tym roku. Z tego jednak, co udało mi się dorwać, zdecydowanie największe wrażenie zrobił na mnie Kołakowski „Wśród znakomych”. Z cudownym cytatem – który chyba mogę uznać za cytat roku – „(...) zapytany, czemu sam nie uprawia cnót przez siebie sławionych, odrzekł pono, że drogowskazy nie chodzą szosami, tylko je ukazują." Winnie ... bardzo ciekawy rok pod tym względem. Wypiłam kilka naprawdę dobrych win. Porażka wigilijna – wina zamówione w sklepie internetowym nie dojechały – spowodowały, że nie do końca piłam w Święta to, co chciałam i nie wiem, jak mi to wróży w roku przyszłym. Ale 2009 był rokiem Viognier. A konkretnie Santa Rosa Viognier Argentyna 2006, które stało w mojej lodówce najczęściej i najczęściej mnie w tym roku satysfakcjonowało. Muzycznie ... przesłuchałam sporo nowej muzyki w tym roku. Nie zawsze były to całe płyty i nie zawsze je tutaj opisywałam. Nie zawsze też były to nowości. Trzy płyty mnie w tym roku naprawdę pochłonęły – Stańko, Sting i Dutkiewicz. Stańko, bo złagodniał, Sting bo zupełnie zmienił styl i Dutkiewicz, bo w niemenowskim repertuarze niezwykle mu do twarzy. Wybieram Stinga „If On A Winter’s Night”. Wprawił mnie w duże osłupienie nie tylko zmianą stylu ale i sposobu śpiewania. I dał mi kilka razy duże wytchnienie. Restauracyjnie ... tu pozwolę sobie na lekkie zagłębienie się w temat ;) W kategorii najlepszej restauracji nie trudno mi naprawdę wybrać. Od kiedy pojawiłam się po raz pierwszy u Michela Morana, nie potrafię sobie odmówić kolejnych wizyt. W tym roku były to więc zarówno Bistro de Paris jak i Michel’s Brasserie. Ale w tej kategorii chciałabym też się pokusić o kilka podkategorii. Przystawka i danie główne. I tu ciekawostka. Konkurencja było znacznie większa w daniach głównych niż przystawkach. Wobec tego nominowałam 3 przystawki i 5 dań głównych. Przystawka – nominacje: Sandacza na creme brulle z sera koziego z Restauracji R20, Małże św. Jakuba z ostrym sosem z marchewki i puree selerowym z Bistro de Paris, Krewetki piri piri z dodatkami ziół BIO z Restauracji BIO Porta 13 Wygrana: Małże św. Jakuba z Bistro. Danie główne – nominacje: Perliczka w sosie z białych trufli z Restauracji Balgera, Turbot z tartoletką pomarańczową i cukinią z Bistro de Paris, Grilowany comber jagnięcy z kurkami sautew sosie z czerwonego wina, rozmarynu i ziemniaka z Restauracji Argentina, Pieczona kaczka z jabłkami w sosie z jeżyn podana ze smażonymi ziemniakami i czerwoną kapustą z Restauracji Buffo i Halibut na kawałkach dyni z kaparami z Michel’s Brasserie. Wygrana: Perliczka z Balgery. I to tyle proszę państwa ... Podsumowując całokształt, muszę przyznać, że 2009 to był całkiem niezły rok. Również znakomitych wrażeń kulturalno – kulinarnych życzę nam wszystkim w Nowym 2010 Roku. Do Siego! |
Ostatnie notki
Zakładki:
Napisz do mnie
Czekam na:
Kulturalno-kulinarne blogi
Kulturalny rozkład jazdy
Polecane restauracje
Teatry
Ulubiona muzyka
Ulubione filmy
Tagi
| ||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||