|
Froblog to blog kulturalno-kulinarny - o muzyce, filmie, koncertach, książkach, teatrze, ale też o winie i restauracjach warszawskich. Raczej opisy wrażeń niż recenzje.
czwartek, 19 listopada 2009
Będzie raz jeszcze o oczekiwaniach. The Boat That Rocked to najnowsza komedia Richarda Curtisa. Tak, tego samego, na dzieło którego czekam od ponad roku. Ilekroć wybierałam się do kina na jakieś kolejne mało śmieszne komedie romantyczne typu „Duchy moich byłych”, „Za jakie grzechy”, „He's Just Not That Into You”, żyłam jedną myślą – Richard Curtis kręci nowy film. Mój Bóg komedii romantycznej, twórca filmów „4 wesela i pogrzeb”, „Bridget Jones”, a przede wszystkim „Love Actually”, kręci nową komedię, która w przeciwieństwie do wszystkich innych będzie wreszcie inteligentna i zabawna. Czekałam na ten film jak na dzieło sztuki. Wisiał w moich linkach „Czekam na” od kilku miesięcy. Obserwowałam postęp wchodzenia tego filmu na ekrany w różnych krajach świata. Daty polskiej premiery nigdzie nie było. W końcu, zupełnie przypadkiem i naprawdę tylko dlatego, że stałam się obsesjonistką tej komedii, dowiedziałam się, że weszła do Polski „bocznymi drzwiami”. Premiera DVD. Pod początkowym tytułem „Radio Łódź”, szybko, po licznych atakach zmienionym na „Radio na fali”. Wreszcie wczoraj mogłam ją reszcie zobaczyć. Curtis zaangażował do tego filmu całą masę świetnych aktorów, niektórych znanych również z jego wcześniejszych komedii – jest więc Bill Nighy, jest Philip Seymour Hoffman, jest Rhys Ifans, jest i Keneth Branagh. Zestaw marzenie. Nic tylko włączyć, usiąść na sofie, oglądać i zarykiwać się ze śmiechu. Włączyłam, usiadłam, obejrzałam i prawie się popłakałam. Nie było jednego śmiesznego momentu. A na końcu obejrzałam wstęp reżysera do scen, które wypadły, tzw. bonusów. Powiedział, że niektóre z nich są śmieszniejsze od całego filmu, ale wypadły ze względu na utrzymanie spójności i całości. Obejrzałam bonusy. 3 były śmieszne. Lepsze od całego filmu. Teraz siedzę i jestem przerażona. Bo jeśli nie śmieszy mnie Curtis, to czy jeszcze jest ktoś na tym świecie, kto jest w stanie zrobić dobrą komedię? W skali od 1 do 10 niestety tylko 4
środa, 18 listopada 2009
Śladem ostatnich odkryć warszawskiej Enoteki, postanowiłam zgłębić temat Pinot Gris. Ten szczep, nazywany też (we Włoszech) Pinot Grigio, wydał mi się wystarczająco intrygujący, żeby nieco bardziej się nim zainteresować. Ponieważ Piot Gris Umathum piłam już drugi raz i smakował mi równie dobrze, przy okazji zwiedzania części winnej Leclerca, wrzuciłam do koszyka alzackie Domaine Paul Blanck Pinot Gris z 2008 roku. Nie był to bardzo dobry wybór. Przynajmniej nie dla mnie. W białych winach szukam głównie ich mineralności, nie kwasowości. Niestety, to wino jest mocno cytrusowe. Zupełnie nie w moim stylu. Nie znalazłam polskich opisów, z zagranicznych dostępny jest tylko rocznik 2006 i 2007. Wniosek - trzeba się jednak trzymać sklepów winnych, gdzie sprzedawcy pełniący rolę doradców, potrafią coś ciekawego o winie opowiedzieć. Wydałam ponad 50 zł i nie jestem zadowolona. Nie polecam. W skali od 1 do 10 daję 4
wtorek, 17 listopada 2009
Pisałam już kiedyś pełną notkę o nowym Brasserie Michela Morana, dzisiaj więc tylko krótko i na temat, ponieważ ostatnio zdarzyło mi się przebywać tam na lunchu. To miejsce ma bowiem dwie twarze – wieczorową kolacyjną i lunchową, w środku dnia. Obydwie są równie udane. Na szybki lunch zamówiłam zestaw z 70 zł, w którym jest kilka przystawek, dań głównych i deserów do wyboru. Zaczęłam od Dumplingów faszerowanych kurczakiem i krewetkami w sosie ostrygowym. Uwielbiam sos ostrygowy, dobrze doprawia dania. Ale nawet w tym mocnym smakowo sosie wyczuwalne były kawałki krewetek – farszu pierożków. Drobne danie, ale bardzo dobre. Na drugie nieco bardziej wyrafinowana kompozycja Halibut na kawałkach dyni z kaparami. O Boże, jakie to było pyszne! Trzeba oczywiście lubić halibuta, który jest dość tłusta rybą. Danie samo w sobie było też ogromnie sycące, więc warto je jeść będąc głodnym, ale kompozycja z kategorii wybitnych. Naprawdę pyszne połączenie ryby, dyni i kaparów. I deser, na który początkowo wybrałam coś innego, ale przybiegł Michel osobiście – jak to ma w zwyczaju – i powiedział, że nie jest w 100% zadowolony z tego deseru, że jeszcze go trenują i próbują. Poprosił mnie o zmianę. Widzieliście kiedyś coś takiego w innej restauracji? Szef kuchni, który tak dba o dobre samopoczucie sowich gości, że przyznaje się do swoich nieco mnie udanych dzieł? Poszłam w standard - Moelleux z gorzkiej czekolady na sosie waniliowym. Bo – jak już pewnie wiecie – dla mnie im więcej czekolady, tym lepiej. Podsumowując, nawet w porze sobotniego lunchu, gdzie wszystko jest raczej śpiące i leniwe, nawet za 70 zł za całość, można zjeść w Michel’s Brasserie dania, które pozostaną Wam na długo w głowach jako dzieła sztuki kompozycji kulinarnych. Michel’s Brasserie, Warszawa, ul Grzybowiska 5A
poniedziałek, 16 listopada 2009
Nie bójcie się tego Stańki. Mówię nie bez kozery. Pamiętam moje pierwsze zetknięcie z jego muzyką, które odbiło się na mnie na długie lata ;) Miałam może z 16 lat i przyjechałam sama na Jazz Jamboree do Warszawy. Kupiłam karnet, ale planując budżet nie wzięłam pod uwagę, że są jeszcze koncerty towarzyszące. Nie tylko te dzienne bezpłatne w Akwarium, ale także popołudniowe w Filharmonii Narodowej. Jednym z nich był właśnie koncert Tomasza Stańko. Bardzo chciałam pójść, ale miałam wybór pomiędzy obiadem a biletem i wygrał obiad. Wcinałam jakieś okropne parówki w jednym z klubów powiązanych wtedy z JJ i tam spotkałam dość znaną osobę ze świata jazzu, która usłyszawszy moją dramatyczną historię, wprowadziła mnie na ten koncert za darmo. Szczęśliwa usiadłam i przygotowałam się na wielkie wydarzenie. Wyszedł Tomasz Stańko. Sam. Z trąbką. I zaczął grać. To był szok. Nie było melodii, nie było rytmu, nie było niczego, co trzymałoby tę muzykę w jakichkolwiek ryzach. Free. Dla mnie wtedy, to był dość duży horror. Przeżyłam to strasznie, zwłaszcza, że sala zgotowała mu standing ovation, a ja nie zrozumiałam nic. Chciało mi się trochę płakać, ale też pomyślałam, że mam jeszcze sporo do nadrobienia. Kiedy kupowałam płytę Dark Eyes, po 20 latach od tamtego wydarzenia, zastanawiałam się jak zareaguję, co mi zrobi tym razem Stańko. Pierwsze dźwięki „So Nice” totalnie mnie zdziwiły. Łagodnością, melodycznością, przyjemnością. Chciałam powiedzieć „It’s SO NICE of you, Tomasz”. Potem bywa momentami trudniej. Bardzo mroczny utwór „The Dark Eyes of Marta Hisrsch” tworzy dość dołujące i mało sympatyczne klimaty. Ale przecież taki pewnie był jego zamysł, nie wszystko musi być na tym świecie pozytywne i optymistyczne. Słuchając z kolei „Grand Central” nurtującego, dynamicznego, mam wrażenie, że jestem na Grand Central, gdzie wszystko jest szybkie, na nic nie ma czasu, tysiące nowojorczyków pędzi do pracy, z pracy, na spotkania. I czasem ktoś tylko przystanie i się zamyśli. Spojrzy w górę, doceni piękno tego budynku. Właściwie mam wrażenie, że „Grand Central” opowiada pewną historię. Ta płyta cała jest taką muzyką ciszy. Spokojną, czasem łagodną, piękną, a chwilami nurtującą, czy nawet bardzo brzydką, o celowych dysonansowych brzmieniach. To kolejna płyta, przy której mogę złapać oddech po ciężkim dniu. Jeśli ktoś lubi klasykę płyt ECM – Kietha Jarretta czy Jana Garbarka, tym bardziej polubi tę płytę. Kiedyś słyszałam wypowiedź Tomasza Stańki zachwycającego się ideą iPoda, na którym zgrał swoje ulubione utwory, wrzucił opcję Shuffle i ten z radością podawał mu kolejne kompozycje, gdzie jedną z nich była symfonia Mahlera, a zaraz po niej następował jakiś romantyczny Bacharach. Trochę czuć te kontrasty na tej płycie, gdzie dramatyzm przeplata się z liryką. Ale to bardzo piękna płyta. I dlatego powtórzę jeszcze raz – nie bójcie się tego Stańki.
niedziela, 15 listopada 2009
O Enotece słyszałam już tyle razy i od tylu osób, że naprawdę nie sposób było się nie wybrać. Pewien problem sprawiały mi godziny jej otwarcia w niedzielę (tylko do 17tej), ale na szczęście weekend ma również soboty ;) Podoba mi się samo ułożenie lokalu z wieloma zakamarkami, małymi bocznymi salkami i dużymi głównymi. Tworzy to pewien klimat. Podoba mi się obsługa kelnerska, która może nie jest zawsze najlepiej zorientowana (szczególnie w winach), ale zawsze jest grzeczna, pomocna, chętna do sprawdzenia, zapytania, przyprowadzenia eksperta itd. Najpierw o winach, bo o nich chyba jednak w tym lokalu przestało mówić w pierwszej kolejności. Trochę dziwi mnie ograniczenie wyłącznie do win włoskich i austriackich. Natomiast jeśli już ktoś spróbuje, nie będzie raczej żałował. Ja wybrałam ... no zgadnijcie ... zaczęłam od lampki Umathum Gelber & Roter Traminer 2007. Okazał się jednak zbyt słodki jak na dania, które wybrałam, poprosiłam więc someliera o sugestie. I wtedy dostałam Umathum Pinot Gris 2008. Absolutnie znakomite, piłam do końca wieczoru. Na przystawkę wybrałam Anchois z prażonymi orzechami i oliwą z oliwek. Dość dobre, choć przyznaję, że w anchois najbardziej lubię ich zdecydowany smak. W tym daniu był on mocno zrównoważony masą z prażonych orzechów, która odbierała anchois słoność. To mi nie do końca pasowało. Drugie danie to Sandacz w dwóch sosach pesto. Po pierwsze za dużo. Po drugie, ponownie, w sosach pesto lubię ich zdecydowanie, ich wyraźny smak, mocne przyprawienie dań. Tutaj sosy jakby złagodzone, rozpuszczone, przytłumione. Nie byłam zadowolona z drugiego dania. Oczywiście to kwestia gustu, dla mnie mocne przyprawianie to podstawa, lubię dania z charakterem. Jeśli ktoś woli delikatne smaki, zdecydowanie warte polecenia. I teraz będzie uwaga dotycząca finału czyli deseru. Pamiętam, że jadłam Tiramisu. Ale widocznie Pinot Gris było jednak zbyt dobre. Za żadne skarby świata nie pamiętam, jak smakowało. Po tygodniu od tego wieczoru pojawiłam się w Enotece ponownie. Zjadłam tylko jedno danie Polędwicę wołową z ziołami i grilowanymi warzywami. I stało się wprawdzie tak, że zapomniałam kelnerowi powiedzieć, że lubię krwistą, ale i on nie spytał jaka ta polędwica ma być. W efekcie dostałam podeszwę, której nie polecam nikomu, choćby nie wiem co lubił. Nie dało się tego jeść, raczej przeżuwało w nieskończoność. Podsumowując Enotekę polecam raczej jako miejsce na wino niż na jedzenie. A porównując ją z - występującymi w tej samej kategorii - Vinariusem i Mielżyńskim (na razie tylko poznańskim), wypada zdecydowanie gorzej. Enoteka Polska, ul. Długa 23/25, Warszawa
środa, 11 listopada 2009
Bardzo dziwny eksperyment z nową płytą Kayah. Ponieważ głośno w mediach zapowiedziała, że płyta jest niekomercyjna i przypomina najbardziej pierwszy jej krążek „Kamień”, który podziwiam najbardziej z wszystkich, miałam naprawdę wysokie oczekiwania. Pamiętam tę pierwszą płytę. Kayah była dla mnie wtedy totalnym odkryciem. Po raz pierwszy usłyszałam ją w Trójce na koncercie, który nagrałam, a potem słuchałam godzinami. Potem, kiedy wyszedł „Kamień”, znałam już prawie wszystkie utwory na pamięć. To było odkrywcze, to było wstrząsające, nikt tak w Polsce wtedy nie śpiewał. „Kamień” był po prostu przełomem w polskiej wokalistyce. Pierwsze przesłuchanie „Skały” spowodowało we mnie odłożenie tego krążka na półkę. Wściekłość, rozczarowanie, brak wzruszeń, po prostu byłam na NIE. Trudno się dziwić, spodziewałam się wstrząsu tymczasem to jest nastrojowa, bardzo piękna płyta, ale nie jest żadnym przełomem. „Skała” tworzy nastroje. Ma piękne, mądre teksty samotnej dojrzałej kobiety. Bardzo moje. „Bo kiedy jesteś sam/ choć cały świat u stóp/ masz go tylko pół.” Ma piękny głos Kayah, który w czasie tych kilkunastu lat praktycznie się nie zmienił. Jest głęboki, aksamitny, o niskiej barwie w dole i niezwykłej sile w górnych partiach. Ma piękne interpretacje – jak zwykle u Kayah wokaliza „idzie” za tekstem. Mnóstwo smaczków. Natomiast ma też kilka miejsc żałośnie popsutych. Takich miejsc, kiedy słucha się całości, zachwyca, popada w błogi nastrój i nagle następuje taki moment, że ma się ochotę natychmiast wyłączyć. Co np. robi ta rytmiczna sieczka w drugim refrenie pieknie zapowiadającego się utworu „Jak skała”? Mam więc nieodparte wrażenie i chcę w to wierzyć, że Kayah potrzebowała na tę płytę więcej czasu. Tylko więcej już mieć nie mogła. Oczekiwanie jej nowej płyty były tak mocne, że nie potrafiła asertywnie po raz kolejny powiedzieć „jeszcze nie”. Zrobiła więc coś na szybko, coś, co nie było do końca dopracowane. Chcę w to wierzyć, bo jeśli ta płyta to wszystko, co Kayah chciała mi przedstawić na swoim nowym krążku, to niestety jest totalnie za mało. Niech więc będzie, że brakowało jej czasu. Szczerze mówiąc, wolałam jej komercyjne płyty, z jednym czy dwoma smaczkami typu „Kiedy mówisz” niż całą taką płytę oklejoną metką „niekomercyjna”. Podsumowując, „Skała” to bardzo piękna, nastrojowa płyta. Najbardziej polecana wszystkim, którzy Kayah lubią. Powtarzam „lubią”. Jeśli ktoś Kayah uwielbia, jeśli jej wokal zmienił kiedyś ich życie, nie polecam tej płyty. Ich oczekiwania– podobnie jak moje – pozostaną niespełnione.
niedziela, 08 listopada 2009
Hotel Hilton przed koncertem Cassandry Wilson. Nie zastanawialiśmy się długo nad tym, gdzie zjeść. O „siostrze Papai” słyszeliśmy już kilkakrotnie i czas był najwyższy, żeby ją przetestować. Ascetyczne nowoczesne wnętrze nie do końca kojarzy mi się z kuchnią tajską, ale cóż ... taka moda. Na dzień dobry zamawiam okonia morskiego gotowanego na parze z dodatkiem słodkiego mango. Ryba na parze to zwykle jest ryzyko. Bardzo mało restauracyjne to danie. Jak to zrobić, żeby smakowało dobrze i wyglądało dobrze jednocześnie? Sądzę, że dali radę. Wyglądało bardzo ładnie. Smakowało też nieźle. Sos był ciut za mało mango, jak na mój gust, ale całość bardzo przyzwoita. Na drugie wybieram makaron. Pad Thai z krewetkami. Pytamy najpierw czym jest Pad Thai. Cytat: ‘To takie coś, co wszędzie na świecie nazywa się „Pad Thai” i zawsze jak się zamówi Pad Thai to będzie takie samo.’ Hm ... odkrywcze ;) Okazuje się być przezroczystym makaronem (ryżowym?) z mieszanką kiełków bambusa, dymki i pysznych krewetek. Całość przysmażona na słodkawym sosie sojowym. Absolutnie pyszne. I mocno zapełniające. Na deser nie było czasu, ale podczas wieczoru towarzyszyło nam wino. Z mojego ulubionego szczepu - Viognier. Anakena Single Vineyard Viognier. Całkiem niezłe. A jeśli jakaś restauracja ma Viognier na kieliszki ... to znaczy, że jest naprawdę dobrze. Restauracja Mango, ul. Grzybowska 63, Hotel Hilton, Warszawa
sobota, 07 listopada 2009
Zachęcona rekomendacją BiałegoNadCzerwonym (BTW. wszystkim zwolennikom winnych trunków serdecznie polecam lekturę tego bloga), udałam się do mojego "domowego" sklepu z winami, żeby podyskutować z panią właścicielką, co sądzi o tym pomyśle i oczywiście kupić. Trzeba przyznać, że mieszkanie nad Doliną Win (jakkolwiek to brzmi ;) ma swoje liczne zalety. Simonsig Gewurztraminer Late Harvest to wino pochodzące z sławnej winnicy z Południowej Afryki, wielokrotnie nagradzanej za swoje produkty, szczególnie właśnie za gewurztraminery w kolejnych latach. Late harvest oznacza, że winogrona zbierane są późno, są zatem naturalnie o wiele słodsze. Tak jest i z tym, półsłodkim, pysznym winem, które mi polecono, z czego się bardzo cieszę. Dystrybutorzy na temat: „Choć pochodzi aż z RPA, to zachowuje wszystkie dobre cechy alzackiego Gewurztraminera. W tym niemal półsłodkim winie wyczujemy przede wszystkim aromaty owoców liczi, płatków róży oraz miodu. Są w nim doskonale zachowane proporcje pomiędzy owocowością, słodyczą a kwasowością.” Liczi króluje absolutnie. A wino jest naprawdę z kategorii znakomitych. No i jest dość mineralne – a przecież dla mnie to słowo klucz ;) Wprawdzie miałam testować rok 2009, ale nie dostałam. Z przyjemnością natomiast porównam sobie 2008 z 2009 kiedy już uda mi się dorwać. Polecam. Do kupienia m.in. tutaj. W kategorii od 1 do 10 daję 9
|
Ostatnie notki
Zakładki:
Napisz do mnie
Czekam na:
Kulturalno-kulinarne blogi
Kulturalny rozkład jazdy
Polecane restauracje
Teatry
Ulubiona muzyka
Ulubione filmy
| ||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||